Fragment utworu o roboczym tytule

hipokamp

 

Wielkie cielsko rozkładającego się
wieloryba
na plaży
paraliżujące
parsknięcia smrodu
wielu ton ryb i skorupiaków
kiszonych miesiącami w plastikowych workach
wybuchy bąbli nagromadzonych kwasów żołądkowych i mikroflory, która mieszkała wewnątrz
puf zapieczonego starego piekarnika kości i ości i osadów
i szum fal
i ptaki które to jedzą
i zapach piasku, w który wsiąka morze
i zapach morza, w którym moczy się piasek
i wiatr
kawałki szkła i rdzawe burty statków
małe małże
połamane muszle
spacer z psem

kolejny wybuch w ciele potwora
eksplozja intensywności końca świata
niektórzy kładą się i nie wstają
ja biegnę, ciągnąc na smyczy psa
pies chce zostać i się porzygać

a tu
jakaś naga para na wydmie
pachną ładnie, seksem, miękkim pokojem i bezpieczeństwem
pachną tak, że z pewnością bym z nimi została, gdyby nie pies
bo pies też ich węszy tylko mniej

O biegnę i rozwaliłam telefon i komputer
to wszystko się przy upadku pokruszyło i elementy się spaliły
palona elektronika
i trochę spalonych włosów
nuta zapachowa przedsmak katastrofy
a słońce zachodzi na pomarańczowo
Zapach farby olejnej w starym kiblu?
łazienka z podstawówy przed remontem?
Szare płytki z drobinkami kamieni myte zbutwiałą szmatą.
Zielone ścianki działowe z dykty. Z wypalonymi i wydziubanymi dziurami.
Pasta sama i pot z włosów spod pachy, kiepy.
Nie to tylko zły sen. Wydma. Dziwne, że przysnęłam.
Pies na chwile się uspokoił i mogę powąchać zmęczone miłością ciała kochanków, kładę się obok nich.
ale chyba pachnę trochę truchłem wieloryba, bo odsuwają się ode mnie, wyciągają spode mnie elementy swojej garderoby, majtki, staniki, skarpety, dużo skarpet i rajstop
tran
zapach tranu
rybi tłuszcz,
jak byłam mała to dużo chorowałam i leczono mnie tranem, czosnkiem i miodem
nie przekonuje ich ta narracja,
nic dziwnego mnie też by nie przekonała.
Chciałabym pachnieć grzybnią, ściółką leśną w sierpniu po deszczu, nadrastającym grzybkiem. Jakbym tak pachniała, tobym zawsze miała powód do uśmiechu. Bo taki zapach wywołuje na mojej twarzy uśmiech. Pewnie zaczęłabym wtedy pachnieć też wyschniętą śliną, która w tym uśmiechu by płynęła i zasychała mi na twarzoszyjoubraniu.
Pytam się ich – potwierdzają, że wtedy, to tak, ale teraz, to nie.
Kładę się na kamieniach, żeby ochłonąć. Zimne, pachnące białością i szarością. Lubię ten zapach. Pies jest wyrozumiały. Czeka, położył mordę na wyprostowanych przednich łapach i patrzy gdzie powinien być horyzont, ale jest czarna noc. Czasami sobie gdzieś pójdzie i siknie, ja też.
OK. Kolej i zapach pkp. Zapach gumowych przejść między wagonami. Kibel, metalowa klamka, która odbiła mi się na ręce, nowe fotele i stare fotele, których zapach wsiąka w pupę i plecy, czasami wkleja się w twarz, jak się przyśnie z twarzą na siedzisku.
Włączyli ogrzewanie, teraz wszystko daje ostrym szczypiącym serem albo serem ze szczypiorem. Konduktor każe wychodzić, bo pies liże po stopie panią, która ściągnęła buty. Panie, widocznie wdepnęła bosą stopą w surowe mięso albo w karmę. Konduktor pachnie lumpem, albo to po prostu jego stylówka tak działa multisensorycznie.
Słodki zapach drinka i gejowskiego baru, który ma problem z kanalizą. To wymieszane z perfumami i spermą i płynem do dymiarki. Z tego ulepione chmurki różowe, a z tych chmur muminki.
Idę z dzieckiem na spacer z psem. Jest miasto.
Kupuję dziecku frytki.
Idziemy, pachnie pies po deszczu i olej we frytkach. Dziecko pachnie ładnie, ale dopiero pod kurtką, więc mogę sobie tylko wyobrazić.
Rozmowa przez telefon i ktoś mi mówi, że pachnie mną w jego aucie. Mój zapach. W aucie. 500 km stąd. Imponuje sobie przez chwilę.
Ale zaraz myślę o tym, że jestem cała skuta żelastwem, jestem ofiarą, znęcają się nade mną i pachnę tylko skórą pocieraną przez łańcuch, na którym jestem zniewolona jak pies na wsi. A pies biega luźno.
Próbuje sobie przypomnieć zapach kamienia i nim wyzwolić się z niewoli żelaza. Rozbić te kłódki i kneble.
Ale najwięcej na co mnie stać to zapach błota. Nawet nie torfowiska, bo torfowisko pachnie pięknie. Błoto w słońcu. Błoto w deszczu. Deszcz na gorącym asfalcie, zapach pierwotniaków. Alleluja ameba! Wiwat pantofelek! Carpe wodniczka! Zapach mokrego psa, ole! Dopiero, co tu był, a już ucieka na czerwonym w strugach deszczu.
Biegnę za nim, przez drogę, skaczę przez stary drewniany płot i tam jest bagienko, które pachnie psującym się zębem. Lubię ten zapach, dlatego czasami pozwalam zębom psuć się. Teraz też tak jakoś przytulniej od razu się robi. Nie znam miejsca, ale zapach spsucia znam.
Patrzę w czerń wody, pod cienką warstwę lodu i bardzo się przestraszam i czuje się wyróżniona zarazem, bo pod taflą jest jeleń i się na mnie patrzy. Wcześniej mnie gonił i spadł mi przed maską auta na asfalt aż mu się kopyta rozjechały, a teraz jest tu. Ma bardzo piękne oczy i na mnie patrzy.
Bardzo mi się podoba.
Tracę przytomność.
Budzę się jest jeszcze-już noc. I to był sen, jest pokój, nie mój, ale ja jestem w łóżku. Zapach pościeli. Połączenie torfowiska z pościelą. Taka kompozycja. Pewnie nie ściągnęli mi butów i rajstop, a one były całe w pozostałościach przygód. Przykładam kołdrę blisko do nosa. Proszek do prania nieagresywny, albo pościel już trochę używana. Najlepiej. O-o. Sprawdzam, czy ktoś poza mną w tym łóżku. Nikogo nie ma. Najlepiej razy dwa.
I tak sobie leżeć w tym zapachu. Kołysać się, jak na jachcie, pod pokładem na jachcie, stare drewniane klepki, lekko zbutwiałe gąbki i pozostałości gotowania, kompozycja przytulna, ale czasami trzeba wychodzić na pokład, żeby jednak nie zamulić.
Na pokładzie ktoś pali szałwię. Serio?
Szałwia gryzie, ale ok.
Są szuwary.
Uprawiam seks z jakąś laską w swetrze.
Bez majtek, ale w swetrze.
Trochę mi się podoba, ale przeczuwam kłopoty i nadchodzą:
„Zapraszam Cię do mojego przedpokoju
jest w nim boazeria
jest stare linoleum
postrzępiona w rogach guma,
odgłosy kaszlu i chorób
bordowe zasłony i koce, z których sypią się roztocza i kawałki naskórka różnych osób
usiądź w fotelu
obejrzymy razem film
tutaj masz spray na astmę
wielkie miękkie różowe poduszki z pierza bez poszewek z plamami od płakania i śliny
Całe szczęście, że segment zarastają porosty, a kryształy syczą. Spadają jej na głowę i laska umiera. Martwa jest znów ładna.
„Wejdź do mojej kuchni, w zamrażarce jest czyjś indyk, i koszulki osób których zapachy chciałam zapamiętać.” Jezus, co za gruz!
Idę na balkon, albo lepiej, idę sobie w ogóle.
Chyba że…
idę się przespać na podłodze w łazience koło wanny.
Na brzegu wanny jest mydło dziegciowe i zapach brzozowego smaru aż dusi w płuckach. Kaszlę, to dobrze odrywa mi się cała ta ściana roztocz, kurzu i grzyba. Pluje tym do pralki bo kibel śmierdzi.
Biorę kąpiel i cała się dobrze szoruję tym dziegciem. Czuję się jak szatan.
Mogę iść na ulicę zmieniać ustrój.
słowa i odgłosy gardła chrząkanie stukanie
„moje mieszkanie… wszystko złożone ze słów z gęsto utkanych historii z ciągłego małego ruchu przemieszczania się jak nano robotów albo grzybni dorastania z transformacji” krzyczy trup z dużego pokoju.
Pa mówię
Hurra! brzmi to ostatecznie
na korytarzu słodki zapach krwi
czernina?
Zakrwawiona osoba z macicą rzuca się w objęcia i mówi, że zabiła swoje dzieci i żeby ją pocieszyć. Jest bardzo gorąca. Wyciągam z kieszeni koniak. Brak mi innych argumentów.
Pijemy. Ubrała się na czerwono. Fajnie.
Ale ona chyba teraz będzie miała dużo na głowie. Sądy, więzienia, widzenia. Nie powinnam się angażować w takie rzeczy. Też pa…
Zjeżdżam na parter i idę do piwnicy. W piwnicy trochę ludzi po kątach liczą śrubki i naprawiają wózki dzieci i wózki dla lalek, spijają wodę z ogórków kiszonych. Pachnie rurą i ociepliną.
Jest prośba, czy można by mi było wykłóć zbroję?
Metalową ostoję?
Podziemne piękne miejsce. Pachnie jajcem.

cd. Stukanie

śpiew:
Siano, suszone kopce trawy.
Leżę. Twarzą w stronę siana. Oddycham, a siano oplata mi twarz, hipnotyzuje mnie jakąś taką
swoją swawolą i wulgarnością zapachową. Wyobrażam sobie plecione warkocze, koce i maty z tego
siana. Całe sienne skanseny i krajobrazy. Zaplatane światy z sianka. Koniki, które hasają po tym
uczesanym i rozczochranym sianie.
Podnoszę wzrok, przede mną stoi armia kobiet. Różnych. Jak to kobiety są różne. I one też siano,
mają we włosy wplecione snopy, warkocze poprzetykane źbłami, nad ich głowami uformowane są
sienne konstrukcje i labirynty. Kobiety są potężne. Wyglądają jak piękne totemy.
Błyszczą miedzią, która spływa z ich ciała zbrojami i bronią. Zbroje są nieregularne mają wloty i
wyloty pędzą po nich rurki z kradzionej instalacji gazowej, a rurkami sączy się trucizna
dla kogo ta trucizna?
Warkoczami zaplatają się cierpienia i radości. Siano dusi. W rurkach aż bulgocze. Strażniczki
zrzucają mnie z kopca, a tkaczki zaczynają zaplatać to siano. Warkoczami zaplatają się cierpienia i
radości.

Coś mnie gniecie. Wyciągam z kopca gdzieś spod siebie rower. Muszę go wyrwać, bo wrósł w ten
stóg. Rower nie ma powietrza w dętkach. Jeżdżę wokół oddziałów – jakby wizytując je.
Dziewczyny machają do mnie z żołnierska, z uśmiechem Marusi.
Podziwiam ciała wolnoradosne. Kształty oblane gorącą miedzią i ślady otarć. Jeżdżę.

Zapach dzieci.
Nagle spadam z roweru, rozbijam sobie oko o kamień.
Wysłali przeciwko nam armię fałszywych dzieci.
Wielkie bobasy chcą nas zjeść, a ja mam krwawiące rozbite oko.
Na szczęście wiemy, co robić, to znaczy wielkie baby z sianem we włosach wiedzą co robić. Z
glinianych kurhanów wyciągają rozgrzane do czerwoności miedziane miecze i uderzają w nie
młotami.
Iskry lecą na siano. Ono się tli, a potem wiatr rozdmuchuje to w żywy ogień.
Pełno dymu
Niewiarygodnie dużo dymu
I jeszcze więcej.
Hop hop
Hop hop, nic nie widzę na to jedno oko, co mi zostało, pogryzione mam dymem zajęte całe.
Przykładam małego węża i on mnie po oku liże. To dobry omen.
Tymczasem trzeba chodzić po omacku i najlepiej na czworakach, bo tam jest jeszcze czym
oddychać
Fałszywe dzieci płaczą, tratują się nawzajem
Niebo znów jest pomarańczowe
Pachnie ogniskiem
Niektóre kobiety ze stoickim spokojem płoną
Nieznośny zapach palonego ciała unosi wiatr gdzieś dalej gdzieś indziej
ja czuję tylko ognisko, chociaż sama trochę płonę
fałszywe dzieci skwierczą, były wypełnione jakimś tłuszczem roślinnym bardzo źle się to spala
Biegnę do lasu bo przypomniałam sobie, co mi się najbardziej podobało. Przypomniałam sobie
żeby pamiętać o sobie i o tym czego chce. Nawet jeżeli miałoby się nie udać. Zastygam i czekam,

dni godziny, tygodnie, aż w końcu przychodzi i dotyka mnie zimnym nosem.
Mnie porosły delikatne białe grzyby, które nocami śpiewają mi piosenki i drżą gdy śmieją się z
moich porannych gazów.
Nie miałam ochoty na aktywne uczestnictwo i co. Odpada mi jedna dłoń, bo się bardzo zwęgliła
podczas walk z dziećmi, oko odpoczęło i działa na powrót. Dwa małe węże możecie sobie iść, tzn.
sunąć. Dziękuje.
Tymczasem wrócił jeleń, wygląda podobnie pięknie, jak pod lodem czarnej wody. Ale teraz jeszcze
pachnie. Tańczy jakiś niespokojny taniec kopyt, jelenie flamenco, zaraz przede mną, na gnijących
liściach łopianu.
On tańczy, a piżmo tańczy ten taniec razem z nim albo wokół niego, w powietrzu, osadza się
również na mnie, swoją kleistą konsystencją oblepia mnie do tego stopnia, że gdyby jeleń był
pająkiem ja byłabym muchą, to mógłby teraz wyssać moje rozpłynięte wnętrze.
O co mi chodzi? O to. Przez chwile, zapadam się w ciepłe futro, zapadam się w lekki zapach i
znikam. Wycieczka szkolna mnie nie widzi chociaż idzie przez las i zbiera śmieci.
Elektrośmieci z Afryki dostają moce obliczeniowe i chińską technologie AI i teraz tańczą wokół
lokalsów i uczą się w zastraszającym tempie ich języków i zwyczajów.
Powinnam tam być, a nie jakieś jelenie w lesie, który nawet lasem nie jest, tylko nasadzeniem
sprzed 40 lat. Europa to zbrodnia.
I nuda wszystko brzydkie i nieróżnorodne. Rewitalizacja a tfu!
Kapitan planeta. Kapitan planeta, kapitan planeta.
Czy można kupić zapach Afryki? Nie chce tam lecieć, żeby nie robić emisji, ale czuje, że muszę
poczuć zapach tego miejsca, nie w formie przelewu, ani dripa, najchętniej trochę wysypiska starych
ubrań kurzu z drogi i włosów, rozdeptany bazar, sierść wielbłąda, gnijąca noga w niedoposażonym
szpitalu, rap. Ale to wszystko jakieś kolonialne dalej mi się wydaje, więc chyba zrezygnuje.
Zakochałam się.
Cośtam się wydarzyło po drodze tu i tam. Emocji co niemiara i ona mi napsuła nerwów i ja jej. I
ona mi potem uratowała dupę i życie. A ja zostawiłam ją na podłodze w jej zapyziałym mieszkaniu i
romansowałam z osobą, której pewnie wybuchł barszcz, a ja myślałam że zamordowała dzieci.
A miłość matki bezwarunkowa.
Buahahahhaha
Przepraszam. Oszalałam na punkcie jelenia albo po prostu jestem szalona.
Idziemy pustynią. Ty jesteś jak nowa. Bo przecież umarłaś. Nawet twojej płci nie jestem pewna, bo
taka nowa jesteś.
Co chwile otwiera się przed nami jakaś rozpadlina chłodu,
już raz w jedna z nich wpadłam ale ty mnie wyciągnęłaś i teraz leżysz słaba i oddychasz.

Oddychasz. Twój oddech ładnie pachnie. Nawet taki słabiutki.
Zaśpiewam Ci moje wspomnienia zapachowe z Tobą i z psem. Bo piesek to też Ty. Dlatego go tu
nie ma bo ty się liczysz za Was dwie.
Jeszcze raz je zaśpiewam od nowa. Tak jak powinnam była zaśpiewać, a jak zwykle za dużo
gadałam.
Obejmujesz mnie. W namiocie.
Ja idę po lód i gotujemy go na małym turystycznym palniku, wrzucam do wody, która już nie jest
lodem korzeń i trochę listków i anyż i mamy pyszny napój.
I razem go pijemy. A Ty się uśmiechasz, a ja sobie myślę, że z Tobą chciałabym ustanąć na dłużej.
Nie powiem Ci tego teraz bo mogłabyś zauważyć, że uciekamy z jednego imperium do drugiego i
że w obu jesteśmy ścigane i że w obu chcą nas zabić, i że uciekamy przez wielką lodową pustynię,
której nikt o zdrowych zmysłach nie pokonywałby zimą. I że daleko przed nami, na horyzoncie
kipią lawą wulkany.
(…)

Agata Dyczko

– jestem reżyserką teatralną, w jednym projekcie byłam kuratorką, współtworzę instalacje najczęściej są to małe ruchome krajobrazy i psychomiejsca, piszę, bardzo chciałabym napisać libretto do opery, opublikowałam ostatnio Reimagining futures by the river, coś z pogranicza dokumentacji i narracji po/o projekcie Jest o roli wyobraźni w tworzeniu przyszłości, o słuchaniu i roli ekoakustyki w postantropocentrycznych przewartosciowaniach.