NICOŚĆ

 

Nicość – pomyślał – zawiera w sobie dwa wyrazy: coś i nić. Nić pojawia się wokół czegoś po jego dwu stronach jednocześnie, a jej zakończona jak niewielką igiełką litera ć wskazuje kierunek zadzierzgnięcia owej nici poprzez coś… 

To już przestaje być nicość – pomyślał i wziął to za dobry omen. Doprawdy nie wiem skąd takie poronione pomysły przychodzą mi do głowy, ale cieszę się, ilekroć tylko się pojawiają. Kiedy po wielu godzinach przeżywania dojmującej egzystencjalnej pustki coś znienacka przekłuwa jej balon i człowiek podskakuje nie ze strachu, lecz z podekscytowania, porażony dreszczem, podniecony nagłym skokiem adrenaliny, rad, że krew jego jeszcze w żyłach pompuje serce i że nie pękają jak ten obok ucha próbny balon, któryśmy najpewniej sami na własną zgubę napompowali spekulacją.

W Babilonie zaś mamy bilon i balon – więc to by się zgadzało. W naszym babilonie są dwa rodzaje balonów, a właściwie jest jeden balon, ale wykorzystywany nie przez tych, którzy go dmuchają, lecz tych, którzy frajdę mają z jego przekłuwania i doprowadzania do płaczu tych pierwszych.

Będę szukał dalej, choć właściwie już się samo pojawia. Najpierw mamy tę cholerną nić, która może zadzierzgać i zszywać, zespalać powłokę, z niczego tworzyć coś, tworzyć, ale czymże igła będzie w zetknięciu z balonem: bronią zagłady, wybuchowym materiałem wystrzału: bum! – i nie ma nic, bo igiełka z nad ć znowu zadzierzga w odwrotną stroną.

Oszaleć można, ale przynajmniej człowiek oszaleje w zgodzie z cyrkulacją zjawisk. Wszystko jedno jakich – grunt, że pompując i wypompowując. Tacy już jesteśmy, tak nas zdeterminowała biologia naszych udręczonych organizmów, że wdech i wydech wmontowane są w naszą schizoidalną naturę i tkwi ta schizoidalność w naszym umysłach jak drzazga, żeby nie nadużywać więcej igieł. Chyba że nazwiemy nasz rozum stogiem siana, wtedy możemy szukać w niej przysłowiowej igły, ale czy w tym stogu odnajdziemy naszą świadomość podczas celowych poszukiwań – wydaje się mało prawdopodobne. Za to że ukłuje ona w goły tyłek baraszkujących w tym stogu kochanków – symbol naszej, powiedzmy, rozerotyzowanej potrzeby chędożenia – to już prędzej. Zwłaszcza, jeśli

kochankowie będą niedoświadczeni. Wtedy w każdy pośladek i po dwa, trzy razy ukąsi ich igła świadomości – ale chyba nie należącej do nich, a tej, którą im rodzice lub ktokolwiek inny zechce przypomnieć w ten sposób o świadomym rodzicielstwie i o tym – jakie ono ważne, jeśli chce się uniknąć losu bycia balonami.

Czy ktoś potrafi wytłumaczyć, dlaczego to tak działa? Może podczas swoich interdyscyplinarnych badań naukowych fizycy kwantowi winni się oddawać pod okiem wyspecjalizowanych psychiatrów orgietkom z neurobiologami – i wówczas znaleźlibyśmy środek ciężkości tej posianej gdzieś świadomej ości – niechby i nam w gardle stanęła, że tak powiem. Bylibyśmy niechybnie świadomi jej istnienia, ale możność powiedzenia o tym odkryciu światu uleciałaby nam poprzez dodatkowy otwór w szyi.

Sebastian Chrystian Szewczyk

(ur. 15 grudnia 1991, zm. 25 sierpnia 2019) – poeta, prozaik, ekscentryk, zachwycający inteligencją i nieschematycznym sposobem myślenia. Swoimi wierszami i opowiadaniami zapełnił dziesiątki zeszytów. Rozpoczął pisanie książki fantastyczno-naukowej, ale niestety nigdy jej nie ukończył. Zmarł, pozostawiając rodzinie i przyjaciołom zaledwie iskrę swojej pasji, talentu i osobowości. Publikujemy twórczość Sebastiana aby upamiętnić jego artystycznego ducha.