Świecidełko

Zakochałem się. Mamy po sześć lat i nic nas nie rozłączy. Chodzimy do tej samej grupy w przedszkolu i czuję po raz pierwszy, że jednak nie ożenię się z mamą tylko z Agnieszką. Tylko z nią. Tylko i aż. Będziemy razem aż do śmierci, o której wiem tyle co nic bo nikt z moich bliskich nie umrze jeszcze przez wiele najbliższych lat. O innych śmierciach nie wiem bo wiadomości nie oglądam. Wolę grać w kapsle, budować wieże z drewnianych klocków, udawać, że prowadzę autobus i jednym machnięciem ręki otwieram wszystkie drzwi starego jelcza-ogórka. Zielone guziki-otwarte, czerwone- zamknięte. Szast-prast! Te przyciski wyglądają jak świecące landrynki ale ja wolę prawdziwe słodycze, prezenty na gwiazdkę, rowerek no i oczywiście Agnieszkę.

Jesteśmy w tej samej, ostatniej grupie przedszkola i jakoś tak po małemu wiem, że z naszego ślubu nici jeśli w twardym złocie nie zabezpieczę tego uczucia.

Więc kradnę, bo do pracy nie chodzę.

W domu jest takie pudełko, a w nim różne, żółte, metalowe świecidełka.

Teraz pudełko jest już puste, a Agnieszce zazdroszczą wszystkie koleżanki. Naprawdę ładnie jej w kolczykach, wisiorkach, bransoletach i pierścionkach mojej mamy.

Tego samego dnia napad na pudełko się wydał. Ryczę w niebogłosy no bo jak to można tak zedrzeć z tej biednej dziewczyny te wszystkie klejnoty.

W ciszy wracaliśmy z mamą spacerem do domu po tym pamiętnym czerwcowym popołudniu. Po drodze zawsze mijaliśmy sklep z zabawkami, w którym najchętniej bym zamieszkał, albo też go okradł, wyjeżdżając z piskiem opon pomarańczową, zabawkową ciężarówką załadowaną po brzegi misiami i wykiprował je pod blokiem Agnieszki. Potem ucieklibyśmy bardzo, bardzo daleko do Legionowa na przykład, do mojej babci.
Wchodzimy, mama wskazuje na gablotę z pierścionkami i mówi, że jeśli chcę to mogę wybrać jeden dla Agnieszki.

Kupujemy taki z fioletowym oczkiem, a ja w duchu myślę coś w rodzaju “popiół nie węgiel, a plastik nie diament”, z tym że jestem jeszcze bardzo mały i tylko nogami przebieram, zgrzytam zębami i czuje, że to jednak hańba choć wtedy nie znam tego słowa.

Lentilky

„Lentilky” to były takie cukierki zza żelaznej kurtyny. Trochę jak prozac dla dzieci. Kolorowe pigułki, twarde jak kamień, niezbyt smaczne ale działały. W ogóle słabo było wtedy ze słodyczami, żarło się kogel-mogel, kanapki z cukrem i śmietaną i całkiem znośny był też Rutinoscorbin dopóki nie wyżuło się tej słodkiej powłoczki. Cukier był wtedy zupełnie legalnym narkotykiem dla dzieci i nikt sobie głowy nie zawracał czy wypadną nam zęby, dostaniemy hipoglikemii, czy będziemy za bardzo na haju i nie da się nas położyć spać przed dziesiątą. Obłędna, prawdziwa czekolada “Nussbeiser”, ta z okienkiem na zachodnią Europę miała się dopiero pojawić kilka lat później. Po ten cukier, po całe wory, kartony i torby rodzice pojechali do Czechosłowacji. Miesiąc pracy w Pradze; napychamy kieszenie czeskimi koronami, a potem za to kupujemy góry, morza, wagony lentilków i wracamy pociągiem do Polski.

Pokój dostaliśmy w nie istniejącym już hotelu “Koszik”, w którym jak się okazało, nie można było mieszkać z dziećmi. Każdego dnia mój ojczym pakował mnie do wielkiej niebiesko-czerwonej torby, rano wynosił na miasto, a wieczorem z powrotem wnosił do hotelu. I tak przez cały piękny sierpień. Uwielbiałem to. To były wielkie, sportowe emocje, a ja czułem, że odpalamy coś na nielegalu, bo w torbie trzeba było znieruchomieć, nie sapać i udawać, że jestem tymi lentilkami, które codziennie w pocie i znoju, rodzice wykuwają kilofami w jakiejś czeskiej kopalni. Na recepcji nikogo specjalnie nie dziwiło, że ta torba tak kursuje w te i nazad, bo całe rzesze bratnich narodów też pracowały w kopalniach lentilków, araszidków, dywanów, rowerów, knedlików i wszyscy to znosili do hotelu odliczając w duchu dni do wyjazdu i złotówki, za które potem pobudują domy, kupią pralki i lodówki; ubiorą swoje dzieci. Kiedy rodzice byli w pracy musiałem zostawać w pokoju i być cicho. Nie wychylać się przez okno, nie podchodzić do drzwi, nie reagować na pukanie sprzątaczek. Żadnych oznak życia, pełna konspiracja. Czekając aż wrócą z pracy zabijałem czas czytając “Muminki” i “Tytusy”.

Opalałem ich bez litości z fajek nieopatrznie zostawionych na stole; bawiłem się zapałkami. Miałem osiem lat, nie zaciągałem się, nie wywołałem pożaru i nie sikałem w nocy. Kiedy ojczym koło dwunastej wracał z budowy, byłem wyzwolony.

Zapraszał mnie do torby, zamykał suwak, zapadała ciemność i ruszaliśmy w miasto. Ostatniego dnia wyjazdu wyszedłem już na własnych nogach. Strasznie się bałem ale rodzice wraz z całą grupą podpuścili mnie żebym poszedł na recepcję i powiedział po czesku:

-Nebylo mi příjemné žít ve vašem hotelu.

Wypowiadając to, poczułem się jak prawdziwy kowboj i tak mi już zostało. Na tym zdjęciu jest cała grupa Polaków, z którą pojechaliśmy do Czechosłowacji. Mnie na tym zdjęciu nie ma, jestem głęboko schowany w torbie udając “Lentilky”, a torba powoli wspina się na trzecie piętro hotelu robotniczego „Koszik”.

Ojciec

Całe życie chciał zrobić interes życia. Jeździliśmy w głąb Związku Radzieckiego trabantem do Bałaszowa gdzie miał przyjaciół 800 km na południe od Moskwy. Zeszyty, długopisy, ruski rog obfitości, złoto, czemadany pełne konfekcji i co tam podeszło. Ale to drobnica była, plankton, więc ojciec usiadł i wymyślił. Kupimy bardzo dużo zębów. Teraz są nowe czasy i możliwości synku, zobaczysz. Setki, tysiące sztucznych szczęk, wypchamy nimi całego Trabanta, przykryjemy to mną i na biedne śpiące dziecko przekroczymy granice. I tak zrobiliśmy, dwa tysiące kilometrów po dziurawych sowieckich drogach w kartonowym samochodzie wypchanym po brzegi ruskimi zębami.

Wtedy chyba nie było jeszcze pojęcia biznesplan i ojciec z tymi zębami odbijał się od każdych napotkanych drzwi. Że nie ma na to papierów, że może kradzione, że podobno były zbyt białe, a Polacy woleli w tych czasach wstawiać sobie lekko pożółkłe sztuczne szczęki. To nie była jeszcze epoka wypiłowywania sobie zgryzu i świecenia śnieżno-białą porcelaną.
Mieszkaliśmy w trzypokojowym lokum na warszawskim Gocławiu, w jednym ojciec, w drugim ja, a w trzecim te zęby. Ale on chciał zrobić interes życia i nie poddawał się więc kiedy w akcie desperacji wyrzuciłem zęby z pokoju na śmietnik postanowił jeszcze raz uciec się do Rosji. Jak każdy normalny człowiek biznesu ojciec hołdował łatwości transportu, atrakcyjnym cenom i koneksjom. Porzucił pomysły wypychania Trabanta drobnicą i tak kupiliśmy na czarnym rynku kilo rtęci.

Rtęć droga, mało miejsca zajmuje i od teraz zamieszkaliśmy w trójkę ja, ojciec i słoik rtęci dla bezpieczeństwa zamknięty w jeszcze większy słoik po ogórkach z wodą na wypadek gdyby nam się stłukło i trzeba by było ewakuować cały Gocław. Taka matrioszka. Rtęć w słoiku, słoik w weku po ogórkach, a to wszystko opatulone w szmatę, schowane koło kaloryfera żeby tej rtęci zimno nie było. Tej radioaktywnej petardy ojciec nigdy nie sprzedał za to jesienią życia został dyrektorem rusko-czeskiego cyrku, w którym pod koniec podstawówki pracowałem sezonowo sprzedając bilety. Złote to czasy. Bylem królem 13-letniego życia. Rozbijałem się po bilardach, kupowałem na kilogramy słodycze i pirackie kasety. Cyrk był objazdową, galopującą patologią. W repertuarze numer z mężem, który rzuca nożami w żonę, a z przepicia ręce mu latały bardziej niż te noże. Było dwóch Czechów przebranych za zebrę, a cyrk to reklamował to jako parada dzikich zwierząt z Afryki. Był też Jurij Sałamachin, który żonglował nogami, nastoletnie akrobatki tresowane po godzinach batem przez swojego tatę Arnolda Kopeckiego oraz bogu ducha winna świnia biegająca w kółko po maneżu w rytm cyrkowej melodii. Był też prestidigitator, któremu nie wychodziły wszystkie sztuczki i klowni kopiący się w zadek. Ojciec rok tam przepracował i zajęty był wielce sprawami natury artystycznej. Raz zadzwonił do nas z granicy, że nie dotrze na święta bo utknął na cle w Terespolu z niedźwiedziem brunatnym co dostał pracę w tym cyrku. Co zarobił przez cały sezon to pożyczył komuś z tej menażerii i to już był ostatni interes jego życia bo pieniędzy nigdy nie odzyskał; wsiąkły bezpowrotnie w klepisko po cyrkowym namiocie.

Kiedy już dopalał się i gasł i było mu trochę smutno, że nie ma wśród nas ani zębów ani rtęci ani pieniędzy, zajął się produkcją alkoholu na półprzemysłową skalę i w trzecim pokoju zamieszkała kolumna retyfikacyjna, baniaki z bimbrem i stosy flaszek, które upłynniał swoim znajomym. Trzeba przyznać, że świetnie mu to wychodziło choć w liceum bardziej niż alkohol interesowały mnie psychodeliki. Ojciec lubiał też chodzić po śmietnikach. Dawał tym przedmiotom drugie życie jak Pan Kleks, który wskrzeszał stare sprzęty. Jeden z trzech pokojów był więc składem poranionych mebli i pare razy w tygodniu otwierałem mu drzwi gdy wracał z rajdu po blokowisku, a on z jakąś nadludzką troską pokazywał mi spleśniałe deski albo kulawy fotel i mówił:

-Zobacz, synku, ludzie teraz wszystko wyrzucą…

Po miesiącu pokój był pełen po sufit i ja to wszystko pod jego nieobecność wynosiłem z powrotem na śmietnik. Mieliśmy wówczas ciche dni, a potem zabawa zaczynała się od nowa. Na koniec ojciec już przestał cokolwiek pamiętać i o śmietnikowym zbieractwo-łowiectwie też nawet zapomniał. Los osadził go w szybko kurczącej się z racji choroby teraźniejszości. Pamiętam, że poszliśmy biegać dookoła jeziorka i on po pierwszym kółku usiadł na ławce . Kiedy go zapytałem czy dobrze się czuje odparł, że dziękuje, świetnie i piękny poranek mamy choć już był późny wieczór, z tych najpiękniejszych na niezabudowanym jeszcze Gocławiu. Kiedy odwiedziłem z nim grób dziadka z niedokończonej mogiły obok, spośród betonowych półkręgów można było dostrzec ludzką czaszkę. Wskazał na nią i powiedział:

-Zobacz synku, z tego moglibyśmy zrobić fajną cukiernicę

i puścił do mnie i do Was oko.

Foto: Marcin Ślusarczyk

Igor Spolski

Pisze teksty, komponuje, gra na wielu instrumentach, produkuje muzykę i podróżuje. Rozrabia w zespole DOROŚLI. Współpracował z takimi artystami jak Happysad, Agnieszka Czekierda, Adam Sajnuk, Monika Mariotti, Chłopcy Kontra Basia. W 2018 roku zainicjował międzynarodowy quasi-folkowy zespół Happy Village Orchestra, z którym koncertuje poza granicami kraju, dając darmowe koncerty w odległych zakątkach świata.